_blog calemojezycie
Pokonać Karolę!!:) 2010-06-14

Na końcu maja Karola pojechała na tydzień na Węgry. To był dla mnie cios:) Pomyślałem sobie " ja tu się dwoje i troje żeby pojechać w jakieś ciekawe miejsce a ona hop siup i jest w miejscu dla mnie nie osiągalnym".  Werdykt był tylko jeden - wygrała. Ale jak to w sporcie bywa, lepiej przegrać 4-2 niż 4-0. Długo szukałem okazji, a ta nadeszła właśnie dzisiaj.

Początek standardowy - śniadanie i wyjazd rowerem

W trakcie jazdy standardowo - pełno martwych zwierząt przy trasie

Moje umiejętności lokalizacyjne - niezmienne od lat. Zgubiłem się 3 razy z czego 2 w lesie i musiałem nadrabiać 15-20km.

W końcu moim oczom ukazał się widok, który ukazać miał się jakąś godzinę wcześniej, a mianowicie jezioro Turawskie:

Jezioro to może pomieścić na obu brzegach 40 tysięcy ludzi. Można tu pływać, zajmować się żeglarstwem, jest 400 miejsc noclegowych, dlatego jak już w tytule zaznaczyłem można to nazwać (o)polskim morzem.

Jednak nie to było moim głównym celem podróży. Ktoś mógłby się spytać więc jeśli nie to, to co? Otóż były to... WĘGRY:)

Tak tak, to nie pomyłka, ta mała wioska leży jakieś 20 km od Opola i prawie niczym nie różni się od prawdziwych Wegier. Są tu kościoły:

Są pomniki

Są mosty:)

Jedyną różnicą jest to, że tu na Polskę mówi się Polska, a na Węgrzech jak na tym demotywatorze:)

Powrotu nie opisuje bo był taki jak to powroty - męczący:) Ze względu na położenie w jakim się znalazłem podczas cudownej sesji, musiałem sobie pisanie darować, co oczywiście nie oznacza, że nigdzie nie byłem, ale wszystko opiszę w swoim czasie. Muszę też wymyślić jakieś ciekawsze miejsca do zobaczenia, żeby pokonać Karolę, bo po tym tekście to nie przegrywam raczej 4-2, a bardziej znane nam 6-0 :)


Zamki, zamki, zamki.. 2010-05-03

W czwartek, postanowiłem pojechać na moim boskim, prawie nie nadającym się do niczego rowerze w co prawda niedługą ( 30km ) ale opiewającą w 2 zamki trasę. Pierwszym celem mojej chyba z góry skazanej na porażkę podróży, było jedno z najmłodszych miast w Polsce - Prószków. Piszę najmłodszych, ponieważ prawa miejskie, otrzymało w 2004r. mimo, iż jego historia sięga duużo dalej. Dla nie zorientowanych, to nie jest TEN PrUszków, czyli miasto, które: :)


W tym małym i spokojnym Prószkowie, można zobaczyć zamek, który został zbudowany w XVIw. w stylu renesansowym i należał do rodu Proskowskich (Prószkowskich). Po  zniszczeniach w XVIIIw. został przebudowany na styl barokowy. Dzisiaj, pełni on funkcję domu pomocy społecznej ale to co mnie najbardziej boli to fakt, że po przyjeździe udało mi się zobaczyć takie oto cudo:



Ciekawostka nr 2 (małe a cieszy coraz bardziej) - to 3 tysięczne miasto, może pochwalić się czymś, w czym nie pobiła go do teraz żadna wieś, czy też miasto w całej Polsce, a mianowicie w dniu 29 lipca 1921 roku w Prószkowie zanotowano najwyższą temperaturę na dzisiejszych ziemiach polskich. Termometr pokazał plus 40,2 stopnia:)

Niezrażony stwierdziłem, że porażki się zdarzają (a w moim przypadku powtarzają) i ruszyłem dalej, tym razem do Rogowa Opolskiego, który miał mi wynagrodzić nieudaną próbę nr 1. Do wsi dotarłem prawie na jednym kole:) W Rogowie też mieści się renesansowy zamek, powstały w XVIW. przez ród Rogoyskich. Przez lata coraz bardziej rozbudowywany (dworek szlachecki, dobudowane zachodnie skrzydło w stylu klasycystycznym oraz park krajobrazowy w stylu angielskim) pełnił coraz to inne funkcje jak choćby letnia rezydencja, przedszkole, magazyn zboża. Obecnie mieści się tutaj filia biblioteki, posiadająca bardzo cenne starodruki takie jak mapa drzeworytowa Śląska z 1545r., czy też list lorda Georga Byrona adresowanego do hrabiego Haugwitza (właściciela zamku).

Może i podobałoby mi się to wszystko w środku bardziej, gdyby nie fakt, że cały czas chodziła za mną sprzątaczka (W sumie to ubrałem się w dresy, więc może myślała że chce coś ukraść:) ) i ciągle wtrącała swoje 3 grosze. Jak stałem koło starego maglu, poinformowała mnie, że też ma taki (300 letni!) w domu i że kiedyś go używała, a gdy przeglądałem księgi to dodała coś w stylu "Jak się komuś to podoba, to się podoba, mnie to w ogóle nie obchodzi", także papugę - wiernego kompana miałem zagwarantowanego do końca zwiedzania.

Na jednym kole i ruszającym się pedale (bez skojarzeń:) ) wróciłem do domu i stwierdziłem, że chyba następnym razem jadąc gdzieś, zadzwonię na informację i zapytam, czy miejsce do którego jadę jest otwarte dla zwiedzających. I TYLKO MODLĘ SIĘ, ŻEBY NIE ODEBRAŁA SPRZĄTACZKA:)


Miasto Cieszy(n) 2010-04-28

1200 letni Cieszyn jest położony na granicy polsko-czeskiej a po jego drugiej stronie, także znajduje się Cieszyn tyle, że czeski(Český Těšín). Miasto ma bogatą historię. Przeżyło wojny, pożary, podnosiło się z gruzów i na nowo było w nie zamieniane. Szansę na jego poznanie miałem w związku z organizowanymi tam Mistrzostwami Polski uczelni wyższych. Pojechaliśmy tam z AZSem 22 kwietnia i mieliśmy 3 dni na zwiedzenie tego miasta. Szczerze powiedziawszy nie wiem czemu wyobrażałem sobie, że będę tam robił za podróżnika czy historyka, że zobaczę wszystko nasłucham się opowieści i będę miał o czym pisać. Tak naprawdę najczęstszym sposobem zwiedzania miasta (związanym z przyjazdem i odjazdem z hali), było coś podobnego do tego...



Choć w sumie nawet z tej perspektywy można ujrzeć takie cuda:

Tak czy inaczej udało mi się zobaczyć chociaż rynek, w którego centrum znajduje się Figura św. Floriana z XVIII w. , a także malowniczy ratusz który wielokrotnie odbudowywany po licznych pożarach może się poszczycić starą datą powstania- 1496r.


Gdybym miał określić Cieszyn w jednym zdaniu powiedziałbym, że jest to "miasto z górki i pod górkę". Tak naprawdę nie ma tam chyba prostej drogi. Albo wjeżdżasz pod naprawdę strome wzniesienia, albo zjeżdżasz sobie z takich górek, że można by tam spokojnie jeździć na sankach. Na jednej z nich, mieści się coś, przez nie zobaczenie czego, żałuję tego wyjazdu, a mianowicie wzgórze zamkowe.




Mieści się tu m.in. XI-wieczna romańska rotunda św. Mikołaja, gotycka wieża zamkowa z XIV wieku (tzw. Wieża Piastowska), pałac Habsburgów z XIX wieku, fragmenty piastowskiego zamku, pomniki przyrody. To wszystko sprawia, że uważam, iż pojechać do Cieszyna i nie zobaczyć tego miejsca, to jak pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffli. Tak przy okazji mała ciekawostka (a cieszy:) ), na rewersie banknotu 20zł, widnieją takie 2 małe domki- to jest właśnie rotunda cieszyńska.

Podsumowując, zwiedziłem sale sportowe, stołówki, Tesco w czeskim Cieszynie i choć był to wyjazd udany, to trochę żałuje kilku miejsc których nie mogłem zobaczyć, ale jak to się mówi "co się odwlecze to nie uciecze":)


Retrospekcje z Oświęcimia 2010-04-22

W marcu tego roku wybraliśmy się z Grzeniem i Słupikiem do Oświęcimia. Oczywiście był to wypad zupełnie nie zaplanowany (Dzień wcześniej prawie pojechaliśmy o 1 w nocy pociągiem do Warszawy;) ) tak czy inaczej wrażenia jakie z tamtąd zebraliśmy są głębokie.

Pisząc o Oświęcimiu trzeba uważać na słowa, będąc tam trzeba uważać na gesty, a widząc to wszystko, trzeba po prostu uważać. Nawet w poprzednim zdaniu zrobiłem jeden błąd (w sumie celowo), ponieważ to nie chodzi o Oświęcim a o Auschwitz. Ludzie mieszkający w Oświęcimiu nie lubią kiedy ich miasto kojarzy się z obozem, więc kiedy jedzie się zobaczyć obóz, to jedzie się do Auschwitz, Muzeum Auschwitz, ale nie do Oświęcimia.


Już sama droga prowadząca obok torów kolejowych, budzi lęk, gdy myśli się o nieświadomych niczego ludziach, którzy dowożeni byli tutaj codziennie, a ironiczny napis "Arbeit Macht Frei" tylko ten stan pogłębia.



Bloki w muzeum zwiedzaliśmy w ciszy. Jest ich wiele, poczynając od bloków poszczególnych narodów (Polaków, Francuzów, Żydów, Słowaków itp.) a kończąc na bloku 11 (bloku śmierci). Obok niego umiejscowiona jest też ściana straceń, przy której rozstrzelano tysiące ludzi. W blokach wiszą portrety. Przy każdym numer, zdjęcie data urodzenia i śmierci więźnia.




Dalej udaliśmy się do bloków "Kanady", czyli miejsca w którym Niemcy magazynowali wszystkie dobra i ten właśnie budynek, pamięta się chyba najbardziej. Tysiące butów, toreb, okularów, 7 ton ludzkich włosów i dywany robione z nich, garnki, protezy. To wszystko ukazuje malutką część okrucieństwa, jakie miało tutaj miejsce kilkadziesiąt lat temu.




Komora gazowa, krematorium, miejsce gdzie powieszono Rudolfa Hossa, cela w której zginął Maksymilian Kolbe, Brzezinka , miejsce gdzie wieszano ludzi. Nie sposób tego wszystkiego opisać (a przede wszystkim ciężko się o tym pisze), to trzeba po prostu zobaczyć.







I poczuć się jak dziecko... 2010-04-19

Irrgarten, Saurierpark, Miniaturenpark - gdyby kierować się samym brzmieniem nie wyglądałoby to tak zachęcająco. Każda z wymienionych nazw, jest częścią ogromnego kompleksu parków rozrywki, oddalonej ok 5km od Bautzen miejscowości Kleinwelka. Kursuje tam bus (nr 103) z Budziszyna, przejazd w jedną stronę kosztuje 1.3E. To tyle jeśli chodzi o suche fakty, teraz o naszej wyprawie:)

Drogą która prowadziła nas do labiryntu, był ogromny las, po którego prawej stronie widać było park dinozaurów (Saurierpark). Dzięki temu mogliśmy widzieć, chociaż przez płot, jak wyglądali nasi przodkowie sprzed milionów lat.



Las pomógł nam też, spotkać innego (nie prehistorycznego) mieszkańca tego miejsca.



Jeśli chodzi o sam labirynt, to dzieli się on na trzy części: klasyczny, przygodowy (z urządzeniami do wspinaczki i zjazdów) oraz labirynt zagadek. W klasycznym labiryncie, po 5 minutach wspólnego chodzenia, doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie porywalizować i osobno ruszyliśmy w poszukiwaniu celu. Nasze czasy: Karola 26 minut, ja 20:)




Po wejściu na mostek, udaliśmy się na wyciąg, dzięki któremu można przejechać się i zobaczyć cały labirynt z nieco innej perspektywy.





Po przejściu labiryntu klasycznego, labiryntu z urządzeniami do wspinaczki, gdzie można też zjechać z wielkiej rury, a także labiryntu zagadek (gdzie dochodzi się na mały placyk na którym masz pytanie [Powiedzmy kto zjadł babcię w czerwonym kapturku], poprawna odpowiedź [np.literka N] kieruje Cię w bramkę z literą N i tą drogą dochodzisz do kolejnego pytania. Na samym końcu ze wszystkich literek powstaje Ci hasło które dajesz pani w kasie i co miesiąc możesz wygrać jakieś tam nagrody) następnym punktem podróży był park miniatur, na który niestety ze względu na czas pozostały do odjazdu busa, mieliśmy niecałe 20 minut. Dzięki (kolejny raz) japońskim zdolnością Karoli, w 20 minut mamy więcej zdjęć niż z 2 godzinnej wyprawy po labiryncie:)


Można tutaj postrzelać do celu z pistoletu na gumki, pograć w starożytnego bilarda, cymbergaja, pobawić się w poszukiwaczy złota (za znalezienie malutkiego kawałka "złota" płacą [podobno] 1.5E. Piszę podobno, ponieważ znaleźliśmy i dostaliśmy tylko i aż dyplom:)  ). Jest tu masa gier, zabaw, często niezrozumiałych, być może po to aby samemu wymyślić jak ma się w to grać, a być może dlatego, że jesteśmy tak niekumaci że nie wiemy:)





Spokojnie da się tu spędzić cały dzień nie nudząc się. Dodając do tego fakt, że na zwiedzenie parku dinozaurów w którym można zobaczyć ponad 200 figur dinozaurów w oryginalnej wielkości, powspinać się po siatkach i wieżach, zjechać windą do wnętrza ziemi czy nawet samemu zbudować własną figurkę dinozaura, nie starczyło nam czasu, Kleinwelka jest idealnym miejscem na spędzenie soboty, zrelaksowanie się i poczucie się po raz kolejny jak dziecko..


O Bautzen słów kilka... 2010-04-18

Dzisiejszego dnia razem z Karolą, w związku z wyjazdem do największego labiryntu Niemiec - Kleinwelka, mieliśmy okazje zobaczyć Budziszyn (Bautzen), miasta we wschodniej Saksonii, kulturalnego centrum Łużyczan, i miejsca gdzie niezrozumiałe przystanki, zdarzyły się:)


Nasze zwiedzanie Bautzen, oddalonego ok. 40km. od granicy polsko-niemieckiej rozpoczęliśmy bardzo szybko, ponieważ zaraz po wyjściu z pociągu, około godziny 10,20 ruszyliśmy na poszukiwanie jakiegoś busa, do Parku Zabaw. Jako, że nasz niemiecki jest na poziomie sinusoidalnym (czytaj Karola dużo umie, ale boi się powiedzieć, a ja nie umiem nic a chętnie bym pogadał:) ) zwiedziliśmy chyba każdy zakątek obrzeży miasta, zanim trafiliśmy na informację turystyczną. Oczywiście okazało się, że przystanek na którym mieliśmy wsiąść minęliśmy, ale tego dnia jakieś niespotykane szczęście sprzyjało nam od samego początku.




W międzyczasie udało nam się zobaczyć "Krzywą wieżę Budziszyna", zbudowaną w latach 1490-1492, która jest odchylona o 1.44m od pionu. Może to i Piza nie jest, ale zawsze coś:)


Po powrocie z Kleinwelka, około godziny 16, usiedliśmy sobie na rynku, na którym zobaczyć można było Ratusz, ze średniowiecznym zegarem słonecznym, który tak czy inaczej dobrej godziny nie podawał:)




Główną (a może i nie główną ale nam podobała się chyba najbardziej) atrakcją Budziszyna, jest Katedra św. Piotra zbudowana między XIII/XIV w.. Od 1524r. ten jedyny kościół wielowyznaniowy we wschodnich Niemczech służy zarówno katolikom jak i protestantom. Oczywiście, środek Katedry jest naprawdę ładny (Karola zrobiła z siebie japończyka i cykała chyba z 10 zdjęć na minutę:) ) jednak tym, dzięki czemu zwykły zwiedzający zrobi "łał", może być wieża z której widać całe Bautzen, a  także stawy i wrzosowiska, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W środku, wchodząc po niezliczonej ilości schodków, zobaczyć też można stare dzwony, bijące tutaj przez 180 ostatnich lat, a teraz służące za atrakcję turystyczną.


Schodząc alejką rybaków (o ile dobrze zrozumieliśmy) dochodzi się do 50m. wodotrysku (wieży ciśnień) , na który także można wejść i podziwiać piękne widoki. Nam jednak dość już było schodków a sam wodotrysk wyglądał równe atrakcyjne z tej perspektywy.




Nie udało nam się zobaczyć zamku Ortenburg, zbudowanego w 958r., starych więzień, kościoła (jak się wychodzi z PKP czy tam z DB, i idzie się prosto, to widać go bardzo dobrze), muzeów miejskich i zapewne masy pięknych miejsc, tego jednego z najbardziej interesujących średniowiecznych miast Niemiec. To jednak co zobaczyliśmy, w zupełności wystarczy nam, aby powiedzieć, że Bautzen to miejsce do którego kiedyś, trzeba się wybrać:)


Jako, że Kleinwelka zauroczyło nas jeszcze bardziej:



Relacja z głównego celu naszej podróży, największego labiryntu Niemiec, a także ogromnego parku rozrywki, jutro.


Opolskie Z(ł)oo :) 2010-04-14

Tytułem wstępu

Chciałbym powiedzieć tutaj o kilku ważnych sprawach. Po pierwsze (Primo!!):P niestety jest to blog ponieważ strony internetowej zrobić nie potrafię (tak w tym też jestem żółtodziobem:) ) a i całkiem przyjemnie edytuje się w niej notki. Po 2 primo nie mam zamiaru wypisywać tutaj codziennych spraw z mojego życia więc nie będzie tu nic na temat tego, że "dzisiaj rano szedłem do szkoły i obsrał mnie ptak" :) ( co i tak pewnie dla niektórych byłoby ciekawsze od tego co piszę) I wreszcie po 3 Primo-MULTIMO to wszystko tak naprawdę ma na celu pokazanie ciekawych miejsc w których byłem i chciałem się podzielić. A jak to mówi taki fajny:) raper Pono w takim fajnym kawałku:

"..Każdy robi co chce,
dobrze lub źle sam to już wie najlepiej
P... to wyłączcie to jak chcecie.. "


To tak jak mówiłem tytułem wstępu, a teraz przejście do ciekawszej części tej notki czyli kolejnego miejsca w którym miałem przyjemność być, a mianowicie w opolskim Zoo:)

Dzisiaj razem z moim współlokatorem Grzeniem wybraliśmy się na wycieczkę do Zoo. Początkowo mieliśmy być tam około godziny 13, ale udało nam się wyruszyć wcześniej i po 11 zaczęliśmy zwiedzanie. Jeśli chodzi natomiast o sam obiekt, to zajmuje on powierzchnię 20 ha, hoduje ponad 1000 zwierząt reprezentujących około ponad 200 gatunków proponując nowoczesną zoogeograficzną ich ekspozycję (tak tak ściągnięte z ich strony) :) Tak czy inaczej zapraszam na wspólną wycieczkę po tym ciekawym miejscu.


Swoje zwiedzanie zaczęliśmy dość zabawnie, ponieważ z powodu złych warunków atmosferycznych (kolejny raz) przy pierwszych 2 albo 3 miejscach nie zobaczyliśmy żadnych zwierząt. Pierwsze przywitały nas Uchatki, które gryzły się nawzajem i robiły fikołki:)




Potem weszliśmy do planety małp gdzie, udało mi się uciąć małą dyskusję na kilka życiowych tematów z zamieszkującym tu gorylem.




Wszystko jest uporządkowane, mijamy azjatyckie stepy, ruszamy na Australię, z Australii udajemy się do Afryki, po drodze oglądając żyrafy, wielbłądy, zebry, kangury i wiele innych często w ogóle nieznanych nam zwierząt.




Na gepardzie straciliśmy chyba z 30 minut:)



Ciekawym miejscem jest domek w którym można zobaczyć stawonogi. Tam też udało nam się złapać na gorącym uczynku jedną parę:)


Szkoda, że nie udało nam się zobaczyć jaguara i pumy (nie wyszły bo było im pewnie za zimno). Nie ma tam jeszcze słoni i tygrysów, ale ja osobiście żałuję, że nie mogłem zobaczyć króla wszystkich zwierząt- Lwa. Pozostało mi pocieszać się tym, znanym już po części "królem" lwem:)







Wychodząc Grzeniu zamyślił się jeszcze chwilę na czymś



Po czym wróciliśmy do domu:)


To była naprawdę fajna wyprawa. Teraz tylko czekam do soboty na kolejną, tym razem z Karolą która powiedziała, że za chiny nie da się sfotografować. Zobaczymy:) Tak czy inaczej - następny przystanek, największy labirynt Niemiec - Kleinwelka:)


Początki zawsze są trudne.. 2010-04-12

Jest sobota.


Od kilku dni dokładnie opracowuje plan mojej pierwszej krótkiej podróży. Analizuje godzinami mapę na google, dobieram starannie trasy, tak jakbym przynajmniej jechał do Berlina:) W sprawach organizacyjnych zawsze byłem, jestem i chyba będę żółtodziobem, o czym świadczy fakt, że sprawdziłem wszystko, oprócz pogody...a ta była straszna:)


10.00


Po spakowaniu się wyjechałem z Opola i ruszyłem w stronę Prószkowa, małego miasteczka na południu. Będąc tam na miejscu i czując że mam jeszcze pełno sił ruszyłem dalej. Tak jak można się było spodziewać, nie była to dobra decyzja, bo kilka kilometrów dalej zaczął padać straszny deszcz. Szczęściem w nieszczęściu był przystanek który niejednokrotnie tego dnia uratował mnie od czucia się tak, jak czuła się Geri Halliwell parę lat temu. Po dość krótkim czasie, ruszyłem w stronę mojego pierwszego celu- Chrzelic, gdzie miały się znajdować ruiny dawnego pałacu. Tutaj po raz kolejny dałem dowód swojego płytkiego myślenia. Wewnętrzny głos krzyknął do mnie ( a może i powiedział z zażenowaniem) : "Paweł a wziąłeś pod uwagę to, że nawet z brzydkiego miejsca można zrobić całkiem ładne ujęcie, gdy ma się dobry aparat?" - Nie, nie wziąłem i przez to straciłem 30 kilometrów po to żeby zobaczyć takie oto widoki.




Pomijam dłuższe mówienie o braku jedzenia-o tym też nie pomyślałem, no bo przecież "Jak wyjechałem z domu byłem najedzony". Głodny i lekko zmarnowany, pocieszałem się tylko tym, że gdy dojadę do pałacu w Mosznej, będę zachwycony. Nie da się ukryć- byłem. Budowla zrobiła na mnie spore wrażenie i serdecznie polecam ją ludziom jadącym przez opolszczyznę. Obecnie znajduję się tutaj centrum leczenia nerwic, ale sam pałac jest dostępny do zwiedziania (o 14 są wycieczki z przewodnikiem dla grupy większej niż 10 osób).


Piękne prawda? Zapewne zastanawiacie się dlaczego nie dodałem zdjęć z środka pałacu. No właśnie. Nie zrobiłem tego ponieważ...nie wziąłem pieniędzy (wejście kosztuje 5zł). Miałem jedynie kartę bankomatową, którą pani sprzedająca bilety nie chciała przyjąć. Zdemotywowany prawie tak samo jak po zobaczeniu tego demotywatora ruszyłem w stronę Prudnika i czeskiej granicy. Po kilku telefonach do mamy z pytaniem o drogę (tak mapa też nie była mi potrzebna, mam pamięć absolutną) prawie minąłem tabliczkę Prudnik. Piszę prawię, ponieważ znów zaczął padać deszcz, tym razem z gradem, i znów szczęśliwie mój przyjaciel podróży- przystanek uchronił mnie od deszczu.

Prudnik. Prudnik to ładne miasto. Mają tutaj piękny ratusz, zabytkowe wieże, ale tym czym żyje Prudnik jest moim zdaniem koszykówka. Co prawda nie byłem na meczu Pogoni, ale patrząc w tabelę radzą sobię całkiem nieźle.


Pogoń



Jakoś koło godziny 15, po wybraniu pieniędzy z bankomatu, kupieniu jedzenia i wymienieniu koron doszedłem do wniosku, że choćbym chciał nie dojadę do Opola w taki deszcz. Na PKP pani poinformowała mnie o wszystkim i włączyła niewidzialną klepsydrę z czasem. Miałem 2 godziny na dojazd i powrót z Czech, a to co mówiła do mnie pogoda, dobitnie pokazuje to zdjęcie.



Postanowiłem jednak jak Rocky, nie poddawać się i ruszyłem w nieznaną mi (z powodu braku mapy) drogę. 5 kilometrów, 3, 1 iiii... tak tak udało się dotarłem do Czech. Od razu wszystko stało się inne i nieznane, więc wszedłem do pierwszego sklepu za granicą ( a właściwie NA granicy) kupiłem kilka typowo czeskich produktów i wróciłem do Polski. No prawie wróciłem, ponieważ miałem jeszcze małe spotkanie podobne, do tego małego spotkania:)








Udało mi się dojechać 15 minut przed pociągiem, którym, jak oznajmiła mi miła pani w kasie, dojadę nie do Opola, a do położonej na zachód od Prudnika, Nysy, gdzie będę musiał poczekać na kolejny pociąg 40 minut, ażeby to tym pociągiem dojechać do Opola. PKP- Pięknie Kurdę Pięknie. ( w wersji ocenzurowanej:]  )

Tak czy inaczej ta wycieczka nauczyła mnie kilku rzeczy i podejrzewam, że następnym razem, mniej czasu poświęcę na planowanie trasy, a więcej na pakowaniu się. Bez mapy, pieniędzy i jedzenia, za daleko się nie dojedzie. Pytacie się co w takim razie wziąłem ze sobą? 3 koszulki - na wypadek jakbym przemókł :)


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]